Zapewne każdy z Was ma takie miejsca, które odwiedza z przyjemnością, choćby był już tam i 100 razy. My w tym względzie nie odróżniamy się od innych takie miejsce w najbliższej okolicy mamy - Słowiński Park Narodowy. Pieszo, na rowerach. Z noclegami pod namiotem, w hamaku, w kwaterze agroturystycznej i tak bez noclegu, tak na jeden dzień. Na spacer. Zawsze jednak w okresie wakacyjnym - omijając jednak ścisły szczyt sezonu.
Tym razem zapadła decyzja, że jedziemy na przełomie lutego i marca. Rezerwację pokoi w Calmusie robiliśmy z kilku miesięcznym wyprzedzeniem. To trochę jak gra w ruletkę, bo co zrobimy jak za oknem będzie szaro-buro-błotno-śniegowo ? Wiem, można grupowy trening wątrób zrobić, ale przecież nie o to chodzi aby się świadomie "upodlić". I jak to Iwona mówi - na pogodę trzeba sobie zasłużyć ! Widać bardzo zasłużyliśmy, bo sobotnia pogoda trafiła nam się nie jak milion, ale jak miliard w Totka. Jeszcze nawet wiosny na horyzoncie widać nie było, a my borem bażynowym idąc i ślizgając się po zalegających gdzie niegadzie resztkach lodu i śniegu kurtki rozpinaliśmy, a na plaży mordki do słoneczka wystawialiśmy i kurtki do plecaków pakowaliśmy. Swego rodzaju hitem kulinarnym na trasie były suchary wojskowe i słonina ... cholesterolu nawet czuć nie było ! Wspaniałe 16 km spaceru !